Jadwiga
Zofia CHościak Popiel 1916-1998
herbu Sulima,
karmelitanka.
Urodziła
się 30.01.1916 w Skurczu na Wołyniu, w czasie I wojny Światowej, w
majątku swoich dziadków, należących do starej polskiej rodziny,
jako piąte dziecko Wacława Popiela i Zofii z Krasickich herbu
Rogala. Zbliżający się front austryjacko-rosyjski zmusił rodziców
Jadwigi do opuszczenia majątku, zaczęła się tułaczka,
przenoszenie się z miejsca na miejsce:Wacław w poszukiwaniu środków
do życia brał w administrację rozmaite majątki, aż w końcu
1917 r. znalazł się wraz z rodziną pod frontem bolszewickim - w
Ławrowie k/Łucka. Przebywanie tam było bardzo niebezpieczne. Gdy
resztki rosyjskiej armii cofnęły się okazało się, że dwór w
Skurczu jest zburzony, a pola zniszczone i nie było po co tam
wracać. Wobec tego zamieszkali w innym swoim majątku - Bortnowie,
ale i stamtąd wkrótce też musieli uciekać przed bolszewikami. To
też Jadwiga, wraz z rodzicami i rodzeństwem nadal tułała się,
przebywając kolejno w Kijowie, w Równem, w Zakopanym, w
Ściborzycach u stryja Ludwika Popiela, w Kopaszewie u wuja
Mieczysława Chłapowskiego. W końcu rodzina zamieszkała we własnym
domu w Glinnym, a następnie w Kostrzynku i w Mościskach w pow.
wyrzyskim, majątkach, wykupionych od Niemców, w 1922 r. przez
Wacława Popiela, a leżących tuż przy granicy niemieckiej. We
dworze w Kostrzynku Wacław wybudował kaplicę, w której stale
rezydował ksiądz kapelan, pełniąc codziennie posługę kapłańską
dla miejscowej ludności i Polaków z poza pobliskiej granicy. Wacław
Popiel wraz ze swoimi synami służył tam do codziennej Mszy św., w
której brało udział ok. 300 wiernych z okolic, a nawet z Niemiec.
Rodzina powiększała się. Dzieci rosły w atmosferze spokoju i
rozwijały się emocjonalnie, fizycznie i duchowo. Córki od
dzieciństwa uczyły się opieki nad chorymi, starszymi i dziećmi.
Życie było zorganizowane, harmonijne, ale i zdyscyplinowane.
Rodzice mieli tylko jedno pragnienie: - spełniać wolę Bożą. Byli
oddani dzieciom, domownikom i społeczeństwu. Ale 7 lipca 1926 r.,
po urodzeniu ósmego dziecka umarła nagle matka - Wacławowa
Popielowa. Najstarsza córka miała wtedy 17 lat, a Jadwiga 10.
Ojciec poddał się całkowicie woli Bożej. W czasie pogrzebu on i
jego dzieci ubrani byli na biało.
Wykształcenie
podstawowe otrzymała w nauczaniu domowym, jej wychowawczynią i
nauczycielką była p. Wanda Czerniawska. Następnie uczyła się w
prywatnej szkole
SS.
Sercanek Sacré-Coeur w Polskiej Wsi koło Pobiedzisk pod Poznaniem.,
po czym rozpoczęła studia medyczne w Warszawie. Nim Jadwiga
ukończyła piąty rok medycyny - września, 1939 r., wybuchła II
wojna światowa. Od zachodu i północy wkroczyły Niemcy
nazistowskie, a 17 września od wschodu - komunistyczne wojska
radzieckie. Stolica stanęła w płomieniach, brak było wszystkiego:
żywności, prądu, gazu, wody, amunicji. Po 32 dniach bohaterskiej
obrony stolica zmuszona była poddać się. W tym czasie Jadwiga
pracowała w szpitalu opatrując rannych, wykonując operacje (nawet
poważne) przy świetle świec. Przeniosła 70 chorych z drugiego,
bombardowanego piętra na podwórze.
Okupant
zamknął szkoły wyższe i średnie, ale nauczyciele i uczniowie
kontynuowali, z narażeniem życia, potajemnie naukę. Jadwiga
ukończyła kurs Czerwonego Krzyża, pracowała w hotelu, a potem w
towarzystwie swej starszej siostry Zofii w szpitalu maltańskim, i
potajemnie ukrywała tam Żydów wygnanych przez Niemców. Panował
głód.
11
kwietnia 1943 r. Jadwiga wstąpiła do Karmelu w Krakowie. Jedyną
osobą, która jej towarzyszyła była jej starsza siostra Zosia,
ponieważ reszta rodziny była rozproszona. To był wspaniały dzień,
dzień szczęścia. Patrząc na nią, gdy tak promieniowała Bożą
radością, widać było, że osiągnęła cel życia. Nie było
żadnej wątpliwości, że jest to autentyczne powołanie. Nieustanna
dyscyplina, panowanie nad sobą ukrywało w głębi jej duszy wolę,
zawsze gotową zapomnieć o sobie, by służyć innym i spełniać
wolę Bożą. Później była w Karmelu w Poznaniu, a następnie w
Jerozolimie, gdzie jakiś czas była przełożoną.
Umarła
dnia 25.07.1998 r. w Nazarecie. Okoliczności jej
śmierci opisała s. M. Róża w liście do Zofii Cimachowicz.i
i Nazareth List siostry M. Róży do Zofii
Cimachowicz
...Siostra
Jadwiga (tak nazywałyśmy ją w szpitalu), to wielka święta i tak
ją jeszcze nazywano za życia. To człowiek ogromnej wiary i
szukający we wszystkim Woli Bożej. Była zawsze uśmiechnięta i
szczęśliwa mimo szalonych boleści, które znosiła święcie.
Wszyscy pracownicy szpitala szukali okazji, by siostrę odwiedzić,
gdyż dawała każdemu radość i pokój. Kiedy ostatni raz
pisałyśmy list do Pani, zapytałam siostrę Jadwigę jaki jest
sekret, że ona ciągle taka szczęśliwa, a siostra odpowiada „taka
jest Wola Boża to czemu mam być smutna - ja tylko pełnię Wolę
Bożą". Siostra Jadwiga tak głęboko żyła wiarą, że nie było
dla niej problemu przebywania, z dala od klasztoru, w sali z 4-ma
czy 3-ma siostrami. Nie było problemu, że doglądały ją nie
tylko pielęgniarki ale i pielęgniarze. Dla każdego miała uśmiech
i dobre słowo.
Wśród
lekarzy i pracowników były też osoby z Rosji pochodzenia
żydowskiego i siostra była ich apostołką. Pewnego razu gdy
pisałam siostrze list, przyszła pani, która robiła fizjoterapię
i mówi do mnie: „siostra Jadwiga to też moja przyjaciółka, nie
tylko twoja". I zaczęła mi po rosyjsku opowiadać, że siostra
Jadwiga zawsze jej mówi o Panu Jezusie (a jest to Żydówka
rosyjska).
Siostra Jadwiga powiedziała jej, żeby czytała Ewangelię, a ta
pani na to: „Ewangelia jest bardziej interesująca, jak siostra mi
ją opowiada". Potem zobaczyła u siostry Jadwigi dwa obrazki
Matki Bożej (siostra Jadwiga poprosiła o nie dla jednego pana) i
ta Matka Boża bardzo jej się podobała, ale siostra Jadwiga
powiedziała: „Dostaniesz jak się ochrzcisz".
A teraz
tylko opowiem o tym, jak to się stało, że nas tak szybko
pożegnała. Przyszło ogromne ciepło, upały były tak silne, że
wszyscy otwierali drzwi i okna, były więc przeciągi także w
szpitalu. Siostra Jadwiga jednego dnia dostała wysoką gorączkę.
Tak się złożyło, że poprzedniego dnia przeżyła śmierć
jednej z sióstr z jej pokoju, a że miała lekką temperaturę, to
pogorszyło jej stan. Gdy przyszłam tego dnia do siostry - ciężko
oddychała, miała podłączoną kroplówkę. Podałam jej picie i
powiedziałam, że przyjdę jutro. Siostra Jadwiga zgodziła się.
Gdy przyszłam następnego dnia stan Siostry był gorszy,
temperatura nie spadała poniżej 40 stopni. Taka temperatura
utrzymywała się aż do końca (w sumie 4 -5 dni). Następnego dnia
nie byłam u siostry, ale przełożona sióstr Karmelitanek z
Nazaretu zatelefonowała, że idzie do szpitala z kapłanem, by
udzielić siostrze Jadwidze Sakramentu Chorych. 25.07.1998 roku -
po południu, poszłyśmy z moją współsiostrą do szpitala.
Siostra Jadwiga była w pojedynczym pokoju. Był już kapłan,
siostra Przełożona Karmelu z Nazaretu, siostra Przełożona z
„Pater Noster" i siostra Margerita z Pater, która często
siostrę Jadwigę odwiedzała, bo jest to siostra kołowa. Siostry
poprosiły abyśmy modliły się po polsku. Zapytałam siostrę
Jadwigę czy chce byśmy mówiły różaniec? -Siostra Jadwiga nie
miała już sił mówić, tylko uścisnęła mi rękę. Tak więc
pierwszą część odmówiłyśmy po polsku a siostry odpowiadały
po francusku. Była też siostra Genowefa, przełożona szpitala i
inna siostra z tego szpitala. Potem zaśpiewałyśmy Magnificat i
Salve Regina. Następnie ojciec ze zgromadzenia OO. Betheram
udzielił siostrze Sakramentu Chorych. Wszyscy byliśmy wzruszeni, a
ojciec miał także łzy w oczach i powtarzał nam po cichu: „ To
wielka Święta". On ją znał jeszcze lepiej ze spowiedzi,
dlatego mógł tak mówić, choć wszyscy jesteśmy o tym
przekonani. Po chwili modlitwy siostra Przełożona podała siostrze
Jadwidze krzyżyk do ucałowania - s. Jadwiga zrobiła to
z wielką miłością i jej serce zaczęło troszkę równiej bić,
wydawało się nam, że siostra Jadwiga odpoczywa. Zaproponowałam,
że zostanę na noc, ale siostra Przełożona z „Pater"
zaprotestowała: powiedziała, że będą czuwać na zmianę ona i
siostra Margerita. Więc wróciłam do domu. Na drugi dzień, w
niedzielę rano, siostra Przełożona z Karmelu w Nazarecie
zadzwoniła, że siostra Jadwiga jest już w NIEBIE. Zasnęła w
Panu około północy z soboty na niedzielę.
Pogrzeb
odbył się w poniedziałek popołudniu w „Pater Noster" w
Jerozolimie. Byłam na pogrzebie. Mszę św. celebrował delegat
Ojca Świętego Jana Pawła II oraz wielu kapłanów. Był
też między innymi O. Bogdan - Polak, który jest w Karmelu w
Haifie w Sanktuarium Matki Bożej na Górach Karmelu.
Siostra
Jadwiga była uśmiechnięta, jak za życia. Siostra Przełożona i
siostra Margerita, gdy mnie zobaczyły powiedziały: „Niech
siostra zobaczy jaka piękna, jak się uśmiecha". Poszłam by
ucałować wymodlone i obolałe ręce siostry Jadwigi w imieniu
Rodziny, a także własnym - taką zrobiłam intencję. Delegat
Apostolski powiedział, że gdy pierwszy raz przyjechał do Ziemi
Świętej siostra Jadwiga była przełożoną i rozmawiała z nim.
Powiedział, że nigdy nie zapomniał jej uśmiechu i radości.
Powiedziała mu, że „to wielka łaska być w Ziemi Świętej, ale
gdy Bóg zechce to on wróci". No i wrócił. Powiedział:
„Wróciłem Siostro Jadwigo, aby Ci podziękować za to kim
byłaś".
W
kaplicy połowę ludzi stanowiły siostry oraz pielgrzymi z Polski.
Były SS. Elżbietanki z wszystkich domów (mają ich 3). Na Górze
Oliwnej mają dom dla ubogich dzieci. Siostra z dziećmi podeszła
do trumny i po arabsku odmówiła z gromadką dziewczynek Ojcze Nasz
oraz Zdrowaś Maryjo. To było bardzo wzruszające. Siostra Jadwiga
żyła i modliła się za tych ludzi, a teraz dzieci tego narodu
modliły się za Nią. Na zakończenie Mszy św. przyszła siostra
Margerita
i
powiedziała, że Delegat Apostolski prosił, aby odmówić po
polsku Ojcze Nasz, gdy będzie się modlił nad trumną. Tak też
zrobiłyśmy.
Zabrzmiało
w kościele „Ojcze Nasz" a potem „Dobry Jezu a nasz Panie" -
śpiew po polsku, gdy wnoszono Siostrę do klauzury, gdzie
spoczywają inne siostry, które zakończyły swoją pielgrzymkę
ziemską.
Chciałam
jeszcze Pani powiedzieć, że czułam, iż Pani musi być bardzo
związana z siostrą Jadwigą, bo bardzo mnie prosiła, żeby choć
do Pani napisać list. Gdy przyszłam pewnego dnia siostra Jadwiga
nie czuła się zbyt dobrze. Zaproponowałam następny dzień, a ona
powiedziała: „na ten list trzeba koniecznie odpowiedzieć" -
a był to list od Pani. To co Pani pisze to prawda i myślę, że
szczęśliwi są ci, co już są u Pana. Jednak to cierpienie
siostry Jadwigi było bardzo potrzebne dla nawrócenia wielu osób.
Ona była dla każdego żywą Ewangelią. Myślę, że dlatego Ją
Pan tak długo zostawił cierpiącą wśród nas, bo teraz mało
ludzi zgadza się by nosić na sobie cierpienia Chrystusa, więc
szuka takich przyjaciół jak siostra Jadwiga.... Polska może być
dumna z takiej córy ziemi. Niech radość siostry Jadwigi będzie
naszym udziałem, niech się za nami wstawia u Pana. Ja do niej
często się modlę. Szczęść Boże!
Siostra M. Róża.