Wanda Józefa Chościak Popiel 1923-1975
herbu Sulima. Szara Urszulanka SJK, w zakonie siostra „Ancilla”,

 Urodziła się w Bydgoszczy 18.01.1923. Wacławowie Popielowie mieszkali wtedy już we własnym majątku w Kostrzynku. Wanda miała zaledwie 3 lata gdy straciła matkę. Wandą tak jak i resztą osieroconych dzieci opiekowała się i wychowywała je druga żona Wacława, Józefa z Chłapowskich Popielowa. Wykształcenie podstawowe otrzymała w nauczaniu domowym, jej nauczycielką była pani Wanda Czerniawska.

Na tydzień przed wybuchem drugiej wojny światowej w 1939 r. ojciec wysłał z ciotką Józefą (drugą żoną Wacława) dwie najmłodsze córki: Wandę i Cecylię do Warszawy. Najpierw zamieszkały przy ul. Królewskiej w Warszawie, potem Cecylia i Wanda były jakiś czas u swoich wujostwa Jaworskich w Nieborowie pod Nowym Dworem, następnie wróciły do Warszawy. Cecylia Berka, pisze w swoim życiorysie, że, o ile pamięta, Wanda brała udział w pracy konspiracyjnej i, że studiowała Pedagogikę, oczywiście w konspiracji.

Wanda w czasie okupacji niemieckiej bywała w Wójczy, w majątku, stryja Michała Popiela nieraz równocześnie ze swoją siostrą Cecylią Popiel.

Prawdopodobnie po Powstaniu Warszawskim, a może wcześniej, wstąpiła do SS. Urszulanek w Chylicach (dom dla Sierot). Potem przeniesiono ją do Pniew pod Poznaniem”. (Dom macierzysty SS. Urszulanek SKJ).

Wanda zmarła 30.04.1975 w szpitalu w Poznaniu.

 

Siostry Urszulanki napisały wspomnienia o jej ostatniej, śmiertelnej chorobie, z którego obszerne wyjątki zestawiłam i prawie w całości tu podaję. (przyp. Maria Popielowa.):

..Choroba jej trwała długo. Rozpoczęła się operacją piersi. Wydawało się, że wszystko szczęśliwie zlikwidowano. Dwa lata temu (1973), na zjeździe przełożonych, nasza Matka zauważyła pokaszliwanie i podduszanie. S. Ancilla natychmiast udała się do lekarza. Szczegółowe badania wykazały już nie tylko przerzut, ale fatalny stan płuc. Wyglądało to bardzo groźnie. Rozpoczęła kurację w Instytucie chorób klatki piersiowej, na małym, przytulnym oddziale liczącym 17 czy 18 łóżek. Leczono ją bardzo intensywnie, najnowszymi środkami. Cały personel na oddziale był bardzo miły i na wysokim poziomie naukowym. Swoją postawą pogodną, życzliwą, zadowoloną ze wszystkiego zjednała sobie wszystkie serca i zyskała wielki szacunek. W miarę polepszenia się stanu płuc, dostawała parodniowe przepustki do domu. Radość z tego powodu była w Pniewach ogromna, a siostra Ancilla mogła pożyć normalnym życiem religijnym. W szpitalu pozostawała w stałym kontakcie z domem: właściwie wszystkie ważniejsze sprawy były załatwiane i omawiane ze S. Krysiak w szpitalu. Prawie co dzień ktoś odwiedzał S. Popiel, która interesowała się życiem Pniew i Zgromadzenia.

Stopniowo, jak mi mówiła jej lekarka, płuca oczyszczały się, i doszło do zupełnie dobrego stanu. Zdecydowano wypisać ją ze szpitala, zobowiązując do przyjazdów na kontrolę. Oczywiście nie mogła wrócić do normalnego życia człowieka całkowicie zdrowego, musiała się bardzo oszczędzać, wyczerpana intensywną kuracją. Chodziła już po domu i na Wilię była wielka radość, że mogła być z nami w refektarzu.

Któraś z kolejnych kontroli wykazała pogorszenie. Proponowano powrót do szpitala. Nie miała na to ochoty, przede wszystkim z powodu braku Mszy św. i częstszej Komunii św. Nastawiała się raczej na śmierć w domu. Wysięk w opłucnej spowodował nie tylko gwałtowne pogorszenie, ale kaszel i duszności. Do tego dołączyły się ostre bóle kręgosłupa. Lekarze szpitalni, którzy odwiedzali ją w domu radzili powrót do szpitala, nie widząc możliwości niesienia pomocy na odległość. Początkowo nie mogła się na to zdecydować, wydaje mi się, że Pan Bóg przedłużał jej decyzję, by mogła odprawić rekolekcje z jedną z grup zjazdowych i w domu przyjąć sakrament chorych, po którym była bardzo radosna i gotowa na każdą wolę Bożą. W głębi jej duszy, jak u każdej z nas tliła się jeszcze nadzieja, że może stać się cud, o który tak żarliwie modliło się Zgromadzenie. Stan zdrowia szybko się pogarszał. S. Żelechowska i pomagające jej fachowe pielęgniarki były całkowicie bezradne. Lekarze dali znać, że udało im się otrzymać najnowszy lek japoński, bardzo skuteczny. Zarezerwowali łóżko, które niestety wobec wahania S. Ancilli, zostało zajęte. Mam wrażenie, że oswoiła się z myślą o śmierci i pragnęła zakończyć życie w ukochanych Pniewach.

Postanowienie powrotu do szpitala powstało nagle: przynaglała potrzeba załatwienia sprawy ze szpitalem. Niestety łóżko było już zajęte, mogła otrzymać tylko przystawkę, tzn. łóżko polowe, umieszczone w jakimś wolnym miejscu, w pokoju. Wyjeżdżała z Pniew wczesnym rankiem po Mszy św. Patrząc na nią miałam wrażenie, że świadomie, po raz ostatni obejmuje spojrzeniem swoje Pniewy. W szpitalu spotkała się z wielką życzliwością i wielkoduszną ofiarą jednej ze współtowarzyszek na sali. Była to starsza pani, ciężko chora, przyzwyczajona do wygód. W czasie wizyty ordynatora poprosiła o przeniesienie jej na przystawkę, motywując tym, że jest mała i łatwiej się tam zmieści. Inna pani podzieliła się z tą starszą panią - swoją szafką, byleby tylko oddać S. Popiel całą szafkę. Kto był w szpitalu wie, jak wielkie znaczenie ma taka szafka, jest to jedyny kąt na własne rzeczy. S. Ancilla, swoim zwyczajem, broniła się przed taką ofiarą, ale lekarze byli po stronie ofiarnych chorych, bo właśnie pragnęli takiego rozwiązania sprawy. W czasie ostatniego pobytu w szpitalu S. Ancilla miała radość z częstszej Komunii św. i chyba dwóch Mszy św. odprawionych w jej pokoju. Kiedyś mi powiedziała, że gdyby doświadczenia zdobywane w jej leczeniu przyczyniły się do postępu w leczeniu raka, cieszyłaby się nawet choćby nie wyzdrowiała.
        Z chwilą kiedy nastąpiły zmiany w jamie brzusznej, zdała sobie sprawę, że już niedługo skończy się życie i w spokoju oczekiwała na przejście do domu Ojca. Siostra Kierowniczka całą chorobę i pobyt w szpitalu przyjęła jako szczególny znak woli Bożej, którą starała się wypełniać wiernie aż do końca. W liście napisanym do sióstr w rocznicę swego pobytu (25.07.1957) w szpitalu, pisze: „Ta rocznica jest dla mnie jakaś bardzo ważna, mogę nawet powiedzieć - droga. Uważam swoją chorobę za wielką łaskę – wprawdzie bardzo trudną, ale naprawdę wielką i z Miłosierdzia Bożego mi udzieloną. Chciałabym, aby siostry jutro razem naprawdę wielką i z Miłosierdzia Bożego mi udzieloną. Chciałabym, aby siostry jutro razem ze mną dziękowały Bogu za wszystko, co tu przeżyłam, za dobroć Boską i ludzką, której tu doznałam, a za którą nigdy nie będę mogła się odwdzięczyć. Przyszło mi na myśl, żeby siostry, razem ze mną, o ile to możliwe, odmówiły w godzinie Apelu dziękczynne „Wielbi dusza”, bo jest za co Bogu dziękować........”

S. Ancilla w czasie długich miesięcy choroby, konsekwentnie realizowała swój program życiowy: Ancilli od Ducha Świętego. Parę dni przed śmiercią miała rozmowę z naszą Matką, która w tym czasie zakończyła wizytację Pniew. Oto słowa naszej Matki: „Jeszcze nie było w Zgromadzeniu Kierowniczki, która by, prawie przez dwa lata, rządziła z łoża boleści, całym domem przez piękne nauki, przez umiłowanie tak trudnej woli Bożej, przez rady, wskazówki, nieustanny kontakt z domem, a szczególnie przez ustawiczną ofiarę”.

20.04.1975 r. siostra Przełożona jechała do Częstochowy. Zapytała wówczas S. Ancillę co ma powiedzieć Matce Bożej? S. Ancilla rzekła: „bardzo na Nią liczę i proszę, by mi dopomogła być do końca Ancillą.” I Matka Boża nie zawiodła ... odpowiedzią była jej śmierć we środę, dnia 30.04.1975 r. o godz. 2.45, w dniu poświęconym czci Matki Bożej Nieustającej Pomocy, a potem pogrzeb dnia 3 maja, kiedy cały nasz Naród czci Ją specjalnie jako swą Zwycięską Królową. Ostatnią osobą z zewnątrz, która ją odwiedziła była p. Teresa Jaruzelska (Renia) rodzona siostra śp. Matki Franciszki Popiel). W czasie ostatnich dni siostry Ancilli - pniewskim siostrom pozwolono, przebywać z nią przez cały dzień, w pokoju szpitalnym. Ostatniej nocy czuwały przy niej: S. Ancilla Krysiak i S. Franciszka Żelechowska, wierne asystentki domowe. Szpital, w którym leczyła się S. Ancilla, był placówką naukową i z tego tytułu każdy zmarły pacjent był poddawany gruntownej sekcji w prosektorium, poza szpitalem. Lekarze oddziałowi wzięli na swoją odpowiedzialność oszczędzenie jej tego, gdyż jak mówili: „była dla nich świętą” i „niech to będzie od nas dla niej”.

Pogrzeb mógł się odbyć dopiero 3 maja, w dzień Królowej Polski, bowiem 1 maja był dniem wolnym od pracy, jako uroczyste święto państwowe. Eksportację do Pniew wyznaczyła nasza Matka na piątek 2 maja o godz. 11.30, a pogrzeb na 3 maja, na godzinę 17. O tę godzinę prosili pracownicy szpitalni, pragnący przyjechać po pracy do Pniew.

1 maja o g. 11.30 ksiądz poświęcił trumnę, odmówił modlitwy i mały wóz pogrzebowy odjechał. Odwoziła ją tylko S. Krysiak. Na granicy Pniew S. Winnicka i kilka innych sióstr czekało w samochodzie, żeby pilotować, nie znającego drogi, kierowcę. Siostry oczekiwały w kaplicy. Po skończonej modlitwie, siostra Żelechowska przy zamkniętych drzwiach uniosła wieko trumny: S. Ancilla leżała z powagą śmierci na twarzy, i prawie z uśmiechem na ustach. Otwarto drzwi i siostry przez jakiś czas mogły się pomodlić. Następnie już przez cały dzień trumna była zamknięta. Modlono się przy niej. W Kaplicy umieszczono gałęzie rozkwitającej jabłoni, które symbolizowały rozkwitające życie radości i zjednoczenia z Bogiem. Nie pomieściła ona wszystkich przybyłych na pogrzeb: przyjechało wielu księży, był także ks. Marcin Popiel z Szewnej. Niestety zabrakło O. Jana Popiela SJ, który nie mógł przerwać rozpoczętej wizytacji (był wówczas prowincjałem). Wśród kapłanów wyróżniała się 7 osobowa, biało-czarna grupa Dominikanów. Byli przedstawiciele Kurii, Zgromadzeń męskich i żeńskich z Matką referentką – Elżbietanką na czele, oraz duchowieństwo diecezjalne. Przyjechała nasza Matka S. Franciszka Górska z członkami Rady Generalnej, siostry z naszych domów i cała wspólnota pniewska, Czarne Urszulanki z Pokrzywna, siostry Służebniczki i s. bezhabitowe z Poznania oraz Rodzina Marii i siostry Sakramentki.

Przybyli lekarze i przedstawiciele personelu, szpitala, w którym S. Ancilla Popiel spędziła prawie 21 ostatnich, miesięcy życia, i w którym zmarła. Przybyli również mieszkańcy Pniew ze sztandarami i dziewczynki z proporczykami. Uroczystą Mszę św. koncelebrowaną odprawiało 15 księży, z głównym celebransem ks. Prałatem Janem Krajewskim, związanym z rodziną zmarłej. W ławkach siedziało chyba z dziesięciu księży. Homilię wygłosił ks. Marcin Popiel. Oto jej główne myśli:

Każdy człowiek, który się poczyna jest duchowo ukształtowany przez Matkę – Maryję. W ciągu całego życia ziemskiego jesteśmy w Niej jak nienarodzone dzieci, a więc nieporadne, nie mogące nic same z siebie: to ona działa przez nas, tym potężniej im czujemy się mniejsi. Ale przyjdzie chwila, kiedy dojrzejemy duchowo i będziemy gotowi do życia w pełni. Jesteśmy pewni, że S. Ancilla już w pełni rozpoczęła nowe działanie w mocy Ducha Świętego i otrzymała nowe imię. Będziemy odtąd odczuwali Jej pomoc, o ile tylko starczy nam wiary, miłości i umniejszenia”.

Sobota od rana była pochmurna, przelotne deszcze nie wróżyły pogody. Przed pogrzebem jednak niebo się rozchmurzyło. Kondukt żałobny prowadzony przez O. Jana Jańczakaprzeora OO Dominikanów z Poznania, delegowanego przez Prowincjała OO Dominikanów - O. Michała Mroczkowskiego, ustawiał się w delikatnych promieniach prześwitującego słońca. Cmentarz płonął ogromnymi, żółtymi bratkami; było pogodnie i jakoś bardzo jasno tak w duszach jak i na zewnątrz. Jak zawsze w Pniewach, krzyż rozpoczynał ostatnią drogę zmarłej, z grupą ministrantów. Po obu stronach ministrantów utworzył się - duży szpaler naszych sióstr i gości. W środku, przed duchowieństwem, dziewczęta siostry Nowakowskiej niosły wieńce, za nimi szły chorągwie parafialne i zwyczajem pniewskim prosty, ukwiecony wóz, zaprzężony w dwa gniade konie, który wiózł naszą Siostrę Kierowniczkę na miejsce wiecznego spoczynku. Wóz był otoczony siostrami, za nimi szła rodzina, starszyzna zakonna, dużo przyjezdnych lekarzy, przyjaciół, gości oraz liczni mieszkańcy Pniew. Ściany wykopanej mogiły były przystrojone kwiatami. „Z prochu powstałeś i w proch się obrócisz....”, brzmiały słowa celebransa, „ale Bóg wskrzesi Cię w dzień ostateczny”. Na wieko trumny pada ziemia, śpiewy towarzyszą zasypywaniu grobu.... Gdy mnóstwo świeżych kwiatów i wieńców pokryło usypaną mogiłę, rozległ się śpiew, umiłowanego przez Siostrę Kierowniczkę, hymnu: „Wielbi dusza moja Pana”, na podziękowanie za wszystkie łaski, którymi Bóg obdarzył jedną z najlepszych (moim zdaniem) kierowniczek, i pięknego Bożego człowieka.

I my też mimo bólu rozstania, dziękujemy Panu za nią, że z nami była, nami kierowała; za przykład znoszenia choroby i ostatnich dni jej życia i zapewnienie (na parę godzin przed śmiercią), że modli się za nas i jest z nami złączona w Sercu Jezusowym.

(PS. Siostra Ancilla Popiel bardzo pragnęła, by nie pisano o niej wspomnień, dlatego też przesyłamy drogim Siostrom trochę naszych refleksji, związanych z jej pogrzebem i ostatnim pożegnaniem.)

Pniewy dn. 9 maja 1975 r.