R E L A C J A Pana Alfonsa Domka urodzonego 25 marca 1912 r. we Wysokiej b. pow. Wyrzysk, syna Franciszka i Julianny z domu Guss, zam. w Pile przy ul. Roosvelta 49/3, w sprawie jego pobytu w obozie Koncentracyjnym Stutthof, spisane dnia 11.O4.1992 r. przez Romana Chwaliszewskiego.

Mając lat 14 rozpocząłem praktyczną naukę murarza u mego ojca. Po jego śmierci w 1937 r. przeniosłem się z Wysokiej do Gdyni, gdzie znalazłem pracę w swoim zawodzie. Zamieszkiwałem wówczas przy ul. Sambora 7. Wkrótce po wybuchu wojny zostałem aresztowany i osadzony w obozie koncentracyjnym Stutthof. Oznaczono mnie numerem 463 i ulokowano w baraku nr 4. Po pewnym czasie w obozie spotkałem mojego krewniaka z Wysokiej – Walentego Domka. Ten poinformował mnie, że wraz z nim, w baraku nr 6 więziony jest również Pan Wacław Popiel, właściciel Brzostowa, Kostrzynka i Mościsk, którego znałem osobiście z czasów przedwojennych, kiedy to wraz z ojcem byłem zatrudniony do wykonywania prac murarskich w tych majętnościach. Za pośrednictwem wspomnianego krewniaka Pan Popiel wyraził życzenie spotkania się ze mną. Wkrótce po tym doszło do ukradkowego spotkania w latrynie obozowej. Podczas krótkiej rozmowy, jaka tam nastąpiła, Pan Popiel wspomniał mego ojca a nawet wyraził chęć zatrudnienia mnie – oczywiście po wyjściu z obozu i zakończeniu wojny. Wierzył zapewne mocno skoro podzielił się ze mną nadzieją posadzenia jeszcze 500 drzew owocowych. Nawet w tej niecodziennej sytuacji zachęcał mnie do modlitwy. Na koniec zwrócił się z prośbą o pomoc w pozyskaniu wiązki słomy pod głowę ze względu na dokuczliwie twardą pryczę.

Po upływie pewnego czasu od naszego spotkania przez okno baraku zauważyłem, jak Pan Wacław Popiel z drugim więźniem musiał rękoma rwać trawiastą darń, nakładać ją do blaszanego naczynia przypominającego wanienkę, a następnie przenosić ją na inne miejsce. Przy pracy tej zarówno Pan Popiel jak i drugi jego współtowarzysz niewoli, byli bici pejczami i kopani przez nadzorców. W pewnej chwili wanna spadła z pleców Pana Wacława Popiela. Wkrótce dowiedziałem się, że Pan Wacław Popiel trafił na izbę chorych do tak zwanego rewiru.

Tam jak mi opowiadali inni współwięźniowie, zanurzony został w wannie z lodowatą wodą i przyduszony noszami tak, że utopił się w niej. Na wieść o tym celowo skierowałem się w pobliże łaźni i dostrzegłem trumnę wykonaną z prostych nieheblowanych desek używanych do szalunku z poczernionymi sadzami. Na niej spoczywało ciało wymizerowanego więźnia. Przy nogach nieboszczyka dostrzegłem białą kwadratową kartkę z czarnym napisem „Graf Wencel von Popiel – stärben”. Wiem też, że wówczas jeszcze zmarłych więźniów chowano na cmentarzu, na tzw. Zaspie w Gdańsku – bez znakowania grobu. Sam bowiem musiałem wkrótce uczestniczyć w chowaniu na owym cmentarzu trzech innych współwięźniów. Dopiero później Niemcy zaczęli chować bez trumien, a następnie palić ciała.

Ja tymczasem zatrudniony zostałem do prac murarskich przy budowie czterech bloków dla potrzeb SS.

Dzięki staraniom Steibecka (księcia hrabiego von der Goltz z Czajcza), w dniu 2 grudnia 1941 zostałem zwolniony z obozu. Dnia 10 grudnia zgłosiłem się do pracy w majętności Nieżychowo w której mieszkała matka i rodzeństwo. Mimo wielu nacisków niemieckiej listy narodowościowej nie przyjąłem i szczęśliwie doczekałem się końca wojny. Niestety mój krewniak Walenty Domek, został zamęczony w obozie a jego ciało poddano kremacji.

P.S. Relację spisano w obecności żony Pana Alfonsa Domka. (Pod spodem własnoręczny podpis, ale nieczytelny). (Źródło: od rodziny)